Nostalgicznie, analitycznie i jakoś tak beznadziejnie do dupy rozpoczęty poranek, myśli powracające w przeszłość, zimne dłonie, mróz za oknem i zero pomysłu na to jak spędzić dzień. Czyżbym znalazła się w martwym punkcie?
Zastanawiam się czy to zmęczenie, może znudzenie czy zwykłe lenistwo to sprawia, że nie chcę mi się nic.
Pamietam siebie sprzed lat, radosną, ufającą, chcącą chcieć, dostrzegającą sens i dąrzącą do niego. Dziś już nic z tamtej mnie nie zostało. Oczy...niby takie same, przyblakłe nieco, smutne spojrzenie, tęskniące?...NIE WIEDZIEĆ ZA CZYM...
Zastanawiałam się nad sensem, bo do czorta jaki jest sens życia? Odpowiedź jest jasna, sensu nie ma, a analizując pewne poczyniana, które z wierzchu jakiś tam sens mają, to własciwie i tak sensu w tym brak. Więc jaki jest sens w tym całym bezsensie życia? Myślałam. Skoro życie składa się ze wzlotów i upadków, to przyjemność może być takim sensem i chyba tylko ona wpływa na nas pozytywnie, sprawiając to, że jednak większości z nas żyć się chce. Jakiś taki galimatias mi wyszedł...
Krótko mówiąc, żyjemy dla tych małych chwil szczęścia, tych okruszków rzucanych nam przez los nader rzadko, ale wystarczająco często, by czuć, że jednak warto. W nadziei, że jeszcze nas czeka coś dobrego, przemierzamy świat czekając na cud. Nie każdemu jednak jest do szczęścia po drodze. Jest dobrze,jeśli dąży się do celu i chodź droga kręta, wyboista, to wiadomo, że na jej końcu sukces jest możliwy. Wszystko się pieprzy w momencie, gdy człowiek uświadamia sobie, że dąży do nikąd. Wtedy pojawia się silny brak motywacji do dalszego działania. Weszłam w ten etap, stąd moje bolączki, zobojętnienie i złość. Nie widzę wyjścia z całej tej patowej sytuacji, wycofuję się, unikam kontaktu z ludźmi. To tak jak mimo, że jestem to jakby mnie wcale nie było. Jestem gdzieś tutaj, ale stoję obok. Czasem mam wrażenie, że nie pasuję do tego świata. Piszę sobie jakieś bzdety, zupełnie bez sensu, a potem to czytam w kółko i rzygać mi się chce. Jakaś pokręcona jestem. Po chuj mi ta analiza. Jakbym chciała rozgryźć samą siebie. Ciekawe czy inni ludzie też mają takie durnowate problemy jak ja, bo tak obserwujac z boku, zdaje się, że żyją i świetnie się mają. Nie znalazłam swojej drogi, lub zbłądziłam, ktoś zapomniał postawić drogowskazu na rozstaju. Wlazłam w gąszcz, wpadłam w sidła, siedzę tam i czekam, aż ktoś mnie znajdzie i uwolni.
JESZCZE WCZORAJ POMYSŁ BYŁ A DZIŚ PRZEPADŁ NA DNIE PŁACZU PLAN BYŁ ŚWIETNY I ZACHWYCAŁ DZIŚ SIĘ SKOŃCZYŁ I MI ZWISA
JESZCZE WCZORAJ PLANOWAŁAM SŁOWA W GŁOWIE UKŁADAŁAM PEŁNA WERWY I ZAPAŁU DZIŚ PRZYGASA MI POMAŁU
JESZCZE WCZORAJ TAKA ŚWIEŻA NOWĄ DROGĄ CHCIAŁAM ZMIERZAĆ DUŻO PODNIET I EMOCJI DZIŚ PLAN UPADŁ, KONIEC OPCJI
Tak to mniej więcej wygląda jak w tej wierszowance. Jeszcze mam jakieś przebłyski, ale to tylko chwilowe porywy serca, które gasną szybciej niż się zaczęły. Nie wiem dokąd zmierzam i dlatego nie chcę dalej iść, cokolwiek to znaczy...
Rozsypałam się, rozkleiłam, nie wiem jak to określić... to tak jakbym w końcu zrozumiała, że walka sensu nie ma...to tak jakbym usiadła na brzegu samotnej wyspy, spojrzała na niezmierną otchłań wzburzonych fal, które od wieków ją podmywają i z ufnością, bezbronnością i zwyczajną obojętnoscią zatrzymała się w tym miejscu, w którym jestem....jakbym nie miała zamiaru wstać i pójść w inne miejsce...jakbym miała zostać tutaj na zawsze...
"wracam do swojej szafy, by w upragnionej samotności dożyć setki, bujając w obłokach..."
Chyba się uzależniłam od czytania blogów. Tematyka obojętna, wszak interesuje mnie wszystko, no może z wyjątkiem motoryzacji i sportu. Najbardziej się skłaniam ku pamiętnikom osobistym, bo zawierają w sobie prawdę o człowieku, takim z krwi i kości, który czuje, cierpi , kocha lub nie, etc.
Nie bardzo lubię pisać o sobie, a już najmniej wyjawiać szczegóły z zycia osobistego. Nie wyobrażam sobie pisania o tym, że dziś zjadłam na obiad zapiekankę z serem lub o tym, że piesek zrobił kupkę. Lubię natomiast pisać o uczuciach. Próbowałam nad tym zapanować, ale nie udało się, coraz częściej mnie korci by sobie ponarzekać i od czasu do czasu popłakać na wirtualną ziemię. Czytuję takie blogi przepełnione żalem i tęsknotą, które wzruszają, ale też przygnębiają, nie pozostaję obojętna na żadne słowo , które czasem aż krzyczy: zatrzymaj się, pochyl się nad moją historią... ba nawet wyciągnij z niej wnioski.
- myślę, że powinnaś się nauczyć podstawowej obsługi komputera i trochę posurfować po necie. Wiesz jakie ciekawe rzeczy mogłabyś tam robić?
- ja i internet, no proszę Cię, mam 60 lat i mi to wcale nie potrzebne
- a tam, gadasz, trzeba iść z duchem czasu, nigdy nie jest za późno na rozwój i uczenie się nowych rzeczy
- daj spokój, za stara na to jestem
- wiesz, można mieć stare ciało, ale dusza powinna byc zawsze młoda. Znam 50-latków, którzy komputer mają w małym palcu, biegają, czytają, uczą się języków. Nie bądź taka ograniczona.
- młoda jesteś i inaczej na to patrzysz, my, ludzie wychowani w prlu mamy swoje przekonania i przyzwyczajenia, nie przeskoczysz tego.
- ale nie wszyscy, tylko Ci, którym się nic robić nie chce, bo uważają, że napracowali się wystarczająco i teraz pora na nic nie robienie. Przecież można o wiele przyjemniej spędzić czas, miast siedzieć w kapciach przed telewizorem. Popatrz jak to jest....kiedy jesteśmy młodzi nie mamy czasu na robienie tych wszystkich ciekawych rzeczy, które chcielibyśmy robić, bo wiadomo praca, dom itp., a kiedy już przechodzimy na zasłużony wypoczynek, to wmawiamy sobie, że nie mamy na nic siły, że jesteśmy starzy i beznadziejni. Paradoks taki. Kojarzy mi się to z umieralnią. Takie siedzenie i czekanie na śmierć.
Dlaczego starsze osoby tak się bronią przed postępem? Mnie się zdaje oczywistym fakt, że każdą nowinkę łapię i oswajam, by była mi przydatna, bo przecież po to świat się zmienia by ułatwiać życie.
Napadało tego białego szajsu tyle, że szok. Szlak mnie trafił z rana, bo tam gdzie mieszkam, na samym końcu świata, gdzie diabeł mówi dobranoc i ptaki śpiewają o 4rano, tam gdzie mieszkają same stare baby, którym wszystko przeszkadza, nikt nie pomyślał o tym, żeby się przelecieć z szuflą i odśnieżyć chodnik. Olałam więc chodnik i poszłam ulicą, która w miarę była rozjeżdżona, ale też śliska jak tafla lodu. Dobrze, że z rana mało kto nią przejeżdża więc spokojnie dotarłam do głównej ulicy na bezpieczny odśnieżony chodnik....i wszystko byłoby dobrze, gdyby jeszcze te mądrale od odśnieżania usunęli zwały śniegu przy przejściach dla pieszych, ale nie kurwa! Zwały śniegu i błota tuż przy pasach to norma w tym durnym do kwadratu kraju. Po kostki w tej brei się paprz przechodniu, bo nas chuj obchodzą nogawki twoich spodni. No i jak tu się nie wkurwić ? Jak ja nie cierpię poniedziałków, zwłaszcza tych zaśnieżonych.
W poniedziałek zresztą, wszystko jest do dupy, bo do weekendu daleko i znów wszystko trza zacząć od początku. W poniedziałek z rana nigdy nie mam czasu napić się gorącej kawy. Wkurw! W poniedziałek rano wszystkim się spieszy i wszystko ma być na już, a najlepiej na wczoraj. Zwolnić te poniedziałki kurwa! A najlepiej je całkiem zlikwidować, albo przespać, cokolwiek, byle by ich nie było. Zlikwidujmy poniedziałki, przejdźmy od razu do wtorku i już.
Jedyny pożytek z tego śniegu jest taki, że maluje ładny krajobraz, dzięki czemu można ciekawe fotki zrobić. Dla poprawienia nastroju wkleję sobie śliczną fotencję, popatrzę na nią z godzinę i może mi przejdzie wkurw na tę wieczną zmarzline.
Na specjalne życzenie czytelników Super express przygotował " Odjazdową Grę wstępną" <WOW>. Faktycznie jest odjazdowa, jak czytałam to omal nie odjechałam < śmiech>. Zresztą sami zobaczcie ;)
Należy wziąć super express, przejść do strony, gdzie wydrukowano planszę, na przemian rzucać kośćmi i zastosowac się do załączonej instrukcji, która wygląda tak:
Zadania dla niej
Czubkiem nosa ocieraj się o jego nos
Leciutko podgryzaj płatki jego uszu
Przesuwaj palcami wzdłuż jego kręgosłupa
Odgryzaj po kawałku banana i podawaj mu ustami
Zsuń część bluzki, obnażając jedno ramię
Weź piórko i muskaj go po dolnej części brzucha
Czubkiem języka przeciągaj po jego nadgarstkach
Wilgotnymi wargami całuj wnętrze jego dłoni
Obejmij go za biodra i wtul się mocno
Spytaj na co ma ochote i zrób mu to
Zadania dla niego
Powoli i czule całuj ją po policzkach i szyi
Czubkiem języka masuj jej uszy
Szarfą zwiąż jej ręce i przesuwaj dłońmi po ciele
Całuj, ssij każdy paluszek u jej rąk, a potem nóg
Czubek języka przesuwaj po zagłębieniu szyi
Swoimi nadgarstkami zrób jej masaż piersi
Czubkami palców wykonaj jej masaż głowy
Każ jej zamknąć oczy i leciutko podgryzaj jej rzęsy
Weź piórko i pieść ją po nagim brzuchu
Pieść ją tam gdzie chce być pieszczona
Nie wiem jak Wam, ale mnie najbardziej przydał do gustu podpunkt 8 w zadaniach dla niego. Już sobie wyobrażam jakie to musi być niesamowite uczucie gdy facet pieści moje rzęsy. Dla mnie bomba. Tylko istnieje realne ryzyko, że nie trafi i wbije Ci ząb prosto w gałkę oczną, ale wtedy chociaż coś poczujesz hehe
To też jest dobre: "Swoimi nadgarstkami zrób jej masaż piersi"- czyżby to był poradnik dla debili?
Wg. mnie należy opuścić wszystkie etapy i od razu przejść do ostatniego. Odjazd ;)
Wstaję rano, jak zwykle pół godziny za późno. Wiem, że się spóźnię, nie wypiję kawy, a o makijażu mogę zapomnieć. Kurwa! Najgorszy moment dnia to podnieść się z łóżka i nie wywalić przy tym, ominąć męża i w egipskich ciemnościach namierzyć pomarańczowe miękkie kapciochy, następnie odnaleźć szlafrok i poczłapać do kuchni w celu odpalenia pierwszej i nie ostatniej tego poranka fajki. Uwaga przy wejściu: ominąc psa, jego posłanie i podusię no i nie obudzić! Kurde, ale śpioch, 6:30 a on zwinięty w kłębuszek chrapie sobie w najlepsze i nawet ślipia nie otworzy. Cisza, upajam się nią póki mogę, zaciagam sennie mentolowym dymem i zwyczajnie przysypiam.
Człap, człap...do łazienki niosą mnie nogi bo czuję, że pęcherz mi zaraz pęknie. Wiem, miałam nie pić piwa przed snem, ale, no zawsze jest jakieś ale. Piwo dobrze mi robi na sen. Swoją drogą strasznie to wkurzajace kiedy w nocy mnie budzi potrzeba, a mnie się wstac nie chce.
W łazience wita mnie w lustrze twarz, o matko to ja? Znowu włosy mi przygniotło z jednej strony i wygięła się grzywka nie tak jak trzeba. Szukam żelu do mycia twarzy...jak zwykle został pod prysznicem. Sięgam tam i omało nie wpadam w brodzik. Obawiam się, że pewnego dnia, moja twarz zaliczy spotkanie z zimną taflą ceramiki. Oby nie. Woda jak zwykle zimna. W poradnikach dla oszczędnych radzą, by przy myciu zębów nie odkręcać wody, ale jak mam tego nie zrobić skoro woda mi leci zimna, póki piec jej nie ogrzeje. Puszczam więc całym strumieniem choć trochę mi żal, że tak leci bez celu do kanalizy i w tym momencie myślę o ludziach, którym brakuje wody pitnej, a ja ją zwyczajnie marnotrawię. Ale, stop, przecież ja nie mam czasu zastanawiać się nad problemami tego świata kiedy jest za 10 minut siódma, a ja mam na siódmą do pracy. Ubieram więc w pośpiechu rzeczy, wklepuję kilka kropel podkładu i... kurcze, no nie wyjdę tak, włosy mi sterczą na wszyskie strony. Odpalam prostownicę i czekam kiedy pojawi się to zielone światełko.
Dobra, ok, jakoś wyglądam, mogę lecieć. Zegarek: siódma! Cholera, znów muszę pędzić na drugi koniec miasta na złamanie karku. Adidasy. Kurwa, śnieg! No ja pierdolę, lecę!